13 kwietnia 1945 r., aby uzyskać uprawomocnienie zaświadczenia o zdaniu przeze mnie podczas okupacji matury na tajnych kompletach, udałam się razem z moim ojcem, do przedwojennego, ocalałego z Powstania Warszawskiego mieszkania, a zarazem kancelarii rejenta czy adwokata, mecenasa Kulczyckiego, przy ul. Mokotowskiej, róg Koszykowej. Tam wpadliśmy w "kocioł" sowieckiej NKWD. (Był to już okres po aresztowaniu Delegatury Rządu Londyńskiego na Kraj.)
NKWD-dziści zatrzymywali wewnątrz wszystkich, którzy przychodzili do tego mieszkania, zatrzymali nawet mleczarkę i listonosza. W pewnym momencie, po kilkunastu godzinach, przyszła jakaś kobieta, której dwie siostry zostały na ulicy, czekając na nią. Gdy po godzinie siostra nie wyszła na ulicę, druga z sióstr też udała się do kancelarii mec. Kulczyckiego. Kiedy i ta po godzinie nie wróciła, trzecia z sióstr poszła na milicję, oświadczając tam, że na mieszkanie mec. Kulczyckiego jest właśnie napad bandycki.
Po przyjeździe milicji przy drzwiach mieszkania wywiązała się strzelanina. NKWD-zista w cywilu, który otworzył drzwi, został zabity albo ciężko ranny. Ludzie znajdujący się w mieszkaniu przerażeni położyli się na podłodze. Jednemu młodemu człowiekowi w zamieszaniu udało się wyskoczyć przez okno na podwórze – było to mieszkanie na pierwszym piętrze, a pod oknem leżała góra gruzów z okresu Powstania – i słuch o nim zaginął.
W kilka minut po strzelaninie zajechał uzbrojony, umundurowany oddział NKWD, który po sprawdzeniu dokumentów zatrzymanych osób, wyprowadził nas wszystkich na podwórze domu z rękami podniesionymi do góry i ustawił pod murem, twarzami do ściany. Na ul. Koszykowej, ładując nas do "bud", zgromadzonym i ciekawym ludziom NKWD-ziści mówili: "to są znalezieni Volksdeutsche i Gestapowcy, którzy się ukrywali". Ludzie coś wrogo wykrzykiwali, pluli na nas i rzucali w nas kamieniami.
Przewieziono nas na Annopol – północno-wschodnią dzielnicę Pragi - do domków robotniczych, zarekwirowanych przez NKWD. Wyrzucono z nich mieszkańców a w piwnicach tych domków więziono wielu ludzi, o czym nikt nie wiedział.
Po oddzieleniu kobiet od mężczyzn, wszystkich nas umieszczono w małych, niskich piwnicach. Ojciec mój był mężczyzną wysokiego wzrostu; jak wielu innych mężczyzn, nie mógł stanąć prosto w tak niskiej piwnicy. Gołymi rękami wydrapali więc dziurę w klepisku piwnicy, by choć na chwilę móc się wyprostować.
Piwnice były przeludnione więźniami. Nie było wystarczająco miejsca na to, by wszyscy równocześnie mogli usiąść lub położyć się na ziemi. Oczywiście, w piwnicach nie było ani wody, ani ubikacji. Dwa razy dziennie wyprowadzano nas na podwórko do prowizorycznej ubikacji. Jedzenie przynoszono nam też dwa razy dziennie, w dużej, metalowej misce bez łyżek, więc wszyscy musieliśmy jeść rękami z tej samej miski. Przesłuchania przeprowadzał po rosyjsku oficer NKWD. Ponieważ ja nie znałam rosyjskiego, był tłumacz, także oficer NKWD, mówiący czystą polszczyzną, bez żadnego akcentu.
Po dziesięciu czy jedenastu dniach zwolniono wiele osób, między nimi mnie i ojca, ale było to już po godzinie policyjnej. Ponieważ wojna jeszcze trwała, chodzenie po ulicach po godzinie policyjnej było zabronione pod groźbą śmierci. W nocy dotarliśmy z ojcem do znajomych mieszkających na Pradze, którzy nas przyjęli i zaopiekowali się nami. Odwszyli nas, umyli i nakarmili. Mecenas Kulczycki i jego żona zostali zwolnieni później, bodajże po kilku tygodniach, dokładnie nie pamiętam. Co się potem z nimi działo – nie wiem. On był w wieku mojego ojca, czyli wówczas miał około 63 lat.
Maria Wolska