Sokołów Podlaski, Kilińskiego 11 - dawna siedziba Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (1944 - 1949)
Powiatowa placówka Resortu Bezpieczeństwa PKWN w Sokołowie Podlaskim została utworzona w połowie września 1944 r. rychło po przetoczeniu się przez powiat walk frontowych. W latach 1944–1949 siedziba PUBP w Sokołowie Podlaskim mieściła się w przedwojennej dwupiętrowej kamienicy rodziny Orzechowskich przy ul. Kilińskiego 11 (obecnie 8). W czasie wojny budynek zajęty był przez niemieckie władze okupacyjne. Najprawdopodobniej w roku 1950 siedziba PUBP została przeniesiona do budynku przy ul. Wolności (obecnie Wolności 50)., gdzie dziś Obecnie mieści się tam Komenda Powiatowa Policji).Po wyprowadzeniu się PUBP z kamienicy Orzechowskich budynek został przekazany miastu i przeznaczony na cele kwaterunkowe. Obecnie jest przeznaczony do rozbiórki.
Wspomnienia Waldemara Bałkowca
[…] W konwoju szedłem do budynku przy ul. Kilińskiego, gdzie mieściło się UB. Po wymienieniu haseł z wartą bramy wprowadzili mnie do wartowni pełnej ubeków leżących na piętrowych, poniemieckich łóżkach i grających przy stole w karty. Wąskimi schodami zostałem zaprowadzony do piwnicy. Ubek z latarką otworzył małe drzwi na prawo i rozkazał: „Właź!”. Nade mną powstał hałas, konkludowałem, że moja cela jest pod wartownią. Przy tym hałasie skończyłem rozpoznawanie celi przez macanie ścian. Kształt jej wydawał mi się podobny do sporej komórki pod schodami, z wnęką, w której było okno bez szyb, ale z kratami, zablokowane od zewnątrz. W świetle latarki ubeka, kiedy zamykał drzwi celi, zauważyłem tzw. judasza. Zacząłem go szukać, obmacując drzwi. Znalazłem kwadratową dziurę, w którą można było włożyć rękę.
Krzyknąłem, że chcę do ubikacji. Szliśmy po schodach na górę. Na podwórku stał wartownik z pepeszą. Po prawej stronie koło komórek przyglądały mi się dwa duże buldogi, kolczaste druty na dachach komórek. O ucieczce nie ma mowy. […] Za drzwiami wyjściowymi skręciliśmy na schody oświetlone, prowadzące do góry na piętra. Na pierwszym piętrze ubek zatrzymał się przed drzwiami i kazał mi wejść. Znalazłem się w dużym pokoju, jasno oświetlonym. Na wprost mnie stał fortepian z odkrytą klawiaturą. Na lewo były drzwi, na środku pokoju stał stołek. Z bocznych drzwi wchodzi młody człowiek w polskim mundurze podporucznika. Z drzwi po lewej stronie wychodzi łysy mężczyzna w rosyjskim mundurze z dystynkcjami kapitana, upstrzony baretkami odznaczeń. Przeszedł się po pokoju parę razy, obserwując mnie. Wreszcie zwrócił się do mnie grzecznym tonem: Sadis’!. Wskazał ręką stołek stojący na środku pokoju. Po chwili zaczął spokojną rozmowę: Nu, takoj małodoj, czesny grażdżanin, skaży mienia, kto jest twój kamandir, kakoje jego oczestwo, skolko drużyn imiejet, skaży wsio, ponimajesz? E, jeśli skażesz wsio, zawtra pajdiosz damoj. Zaskoczony grzecznym tonem bolszewika zwróciłem się do podporucznika w polskim mundurze, który zajadał bułkę z miodem, popijając herbatą: „Niech mi pan przetłumaczy, co ten pan mówił, bo ja nie rozumiem”. Bolszewik, słysząc to, spurpurowiał, zrobił ruch, jakby się chciał na mnie rzucić, wyciągnął ręce, które oparł o moje kolana, twarz wykrzywiona wściekłością zbliżyła się do mojej z nieludzkim krzykiem: Tyy!!! Faszystowski szpion, ty nie panimajesz, szto ja do tiebia gaworu? Ja tiebia skażu!!!. Tak ryczał mi w twarz. Po chwili, widocznie zmęczony tym krzykiem, wyszedł z pokoju. Przy drzwiach stał ubek, by odprowadzić mnie do ciemnej, cuchnącej celi. Odszedł, nie zamykając kłódki na klucz. Rano nade mną nie było hałasu. Głos intuicji szepnął: „Teraz!”. Uchyliłem znane mi drzwi na wewnętrzne podwórko. Nie było nikogo. Z towarzyszem z celi obok, biegnąc między budynkami, skręciliśmy w pierwszą boczną drogę, która wyprowadziła nas poza miasto. Idąc na przełaj, doszliśmy do lasu. Spotkanie z „Dziadkiem”, nazwisko Mazurczak nastąpiło koło Czekanowa. Dostałem przydział do formującego się oddziału żandarmerii, którego pierwszym dowódcą był „Stryjcio” (Wójcik z Gródka), następnym był „Tur”. W czasie pacyfikacji powiatu w lutym 1946 r. zostałem kilkakrotnie ranny, wzięty przez KBW, który odstawił mnie w stanie ciężkim do UB. Ci odwieźli mnie z postrzeloną nogą do powiatowego szpitala. Po kilku dniach przyjechała ciężarówka z ubekami i odwieźli mnie do ubeckiego więzienia przy ul. Kilińskiego. W celi 2,5 m na 2 była prycza z desek, na niej siennik wypełniony słomą. Ułożyli mnie na nim. Zwróciłem wzrok na drzwi i zobaczyłem w okienku wlepione oko, nos, rozciętą wargę, w której szczelinie widoczny był żółty ząb. Z tej szczeliny wychodził wulgarny głos: „Po co leczyć? Walnąć w łeb i sprawa skończona!”.
W. Bałkowiec, Przeżyłem peerelowskie zbrodnie i gwałty, Warszawa 1995.
Relacja Władysława Mroza z 6 grudnia 2007 r.
Były imieniny Kazimierza Jarosiewicza „Zimnego”. 4 marca 1946 r. przespaliśmy się w piekarni na piecu i rano wyszliśmy na wieś, szliśmy do Zosi, koleżanki z organizacji. Mieszkańcy dali nam znać, że idzie obława. Część z naszych kolegów rozpierzchła się po stodołach, a my w pięciu postanowiliśmy uciekać przez Bug do sąsiedniej wioski Bużysk, bo jeszcze lód stał na rzece. A tu obstawili czterema karabinami maszynowymi, z tym że Gródek leży na pewnej wysokości, więc mieli bardzo dobre pole strzału. My uciekaliśmy skokami, bo przyciskali nas kulami, wtedy został zabity Jarosiewicz Antoni „Zagłoba”, a dalej Wilniak „Zuj”. Natomiast ubowcy z psami dopędzili mnie oraz Zdziśka Bielawskiego i zabrali nas do Sokołowa. […] Na terenie kościelnym wykonywali wyroki śmierci, nawet w trakcie mojego przebywania w areszcie. Ułożyłem sobie bajeczkę, nie przyznawałem się, że byłem w NSZ, gdyż powiedzieli mi, że ludzi z NSZ bardziej męczą. Powiedziałem UB, że byłem w AK i cały czas się tego trzymałem. Męczyli mnie w ten sposób, że wiązali ręce, wkładali kij pod kolana, opierali kij z ofiarą na dwu krzesłach i bijąc obracali tzw. młynek. Najgorsze było, jak bili w pięty, bo ból odczuwało się w mózgu. Lali też wodę w nos. W końcu tak mnie męczyli, że im powiedziałem, by mnie zabili. A ubek Słowik powiedział, że nie chce za mnie iść do więzienia. W czasie przesłuchania obecny był sowiecki doradca w PUBP w randze majora.
17 lipca przywieźli „Borutę”, czyli Stanisława Białowąsa zabitego. W Jabłonnie była akcja i podobnież, jak ktoś opowiadał, „Boruta” uciekał i miejscowi skierowali żołnierzy na uciekającego „Borutę”. W czasie ucieczki został ranny, chciał wskoczyć na konia, ale nie dał rady, ukląkł więc w rowie, przeżegnał się i zastrzelił. Wtedy, jak go przywieźli, chcieli bym rozpoznał „Borutę”. Chodziłem z nim do szkoły, siedział przede mną w ławce, ale mówiłem sobie, że może nie wiedzą. Potem pokazali mi zdjęcie i wtedy potwierdziłem, że to Białowąs. Wtedy mnie za to wsadzili do ciemnej piwnicy. […] Była tam tylko prycza, szło się po wodzie, której było pełno. Przez 10 dni karmili mnie słonymi rybkami i nie dawali w ogóle pić. A taki strażnik Czesław Nadany nieraz mi podrzucił jabłko, to tak, jak bym dostał zbawienia. Wracając do „Boruty”, ciała nie rozpoznałem, ale na zdjęciu tak. Przy nim ubecy znaleźli ok. 150 pseudonimów, m.in. był mój, 3 razy pseudonim „Żwirko” – wieś i wpisane było 300 zł, czyli dawali matce na paczki. Ubecy wzięli matkę, matka, starsza kobieta przyznała się, że przychodzili i dawali, żeby miała za co robić zakupy. Mnie kazali odczytać te 150 pseudonimów. Część pseudonimów znałem, poszedłem w zaparte, że nikogo nie znam. I zaczęło się męczenie, wieszali mnie do utraty przytomności… co tylko mogli. Nie wydałem, jednak nikogo. W sierpniu, bo ok. pół roku przesiedziałem w powiatówce, przewieźli mnie do Warszawy, do więzienia na 11 Listopada. Tu byłem sądzony. Dostałem 3 lata i po 3 miesiącach na 11 listopada przewieziono mnie do Wronek.
AIPN
Odkryj więcej miejsc na Mapie
To tylko jeden z wielu punktów, które dokumentują historię. Wróć na mapę i poznaj kolejne miejsca pamięci.
Wróć do Mapy