Przejdź do treści głównej

Relacje

Relacje świadków stanowią bezcenny skarb naszych zbiorów. To żywe świadectwa ludzi, którzy na własnej skórze doświadczyli represji komunistycznego aparatu bezpieczeństwa.

Relacja Zygmunta Domańskiego, działacza Stronnictwa Narodowego aresztowanego w lutym 1945 roku w Milanówku.

Po dwu czy trzech tygodniach mojego pobytu w piwnicach N.K.W.D. we Włochach, wieczorem kazano nam na gwałt zrywać się i wyprowadzono na dziedziniec, gdzie stał duży samochód ciężarowy i kilkunastu uzbrojonych żołnierzy. Wsadzona nas na dwie ciężarówki, naokoło na ławkach zasiedli żołnierze i ruszyliśmy w nieznane. (…) Wjechaliśmy w podwórze dużej kamienicy, kazano wysiadać. Jeden ze współwięźniów poznał, że jesteśmy w posesji jego rodziny na Pradze, zajętej przez N.K.W.D. na ulicy Strzeleckiej. (…). Znowu rozlokowano nas w małych piwniczkach na węgiel. Ja się znalazłem z jednym kolegą z Włoch, drugiego nie znałem. Klitka tak mała, że z trudem mogliśmy się koło siebie położyć, głowy dotykają jednej ściany, a od nóg do przeciwległej nie było nawet kroku. Słowem rozmiar grobu. Podłoga gliniana, pokryta grubą warstwą miału węglowego i cieniutką proszku z czegoś, co dawniej nazywało się zapewne słomą. Żadnego okienka. W kompletnej ciemności przesiedzieliśmy kilka dni, zatraciwszy zupełnie pojęcie czasu. Potem zainstalowano żarówkę, palącą się czerwonym nikłym światłem. Paliła się dla odmiany całą dobę, do reszty rozstrajając nerwy i wyżerając oczy. (…) Biedy nas dwóch w porównaniu z trzecim współtowarzyszem były niczym. To był prawdziwy bohater-męczennik. Niestety, nawet jego nazwiska zanotować nie mogę, mam wrażenie, że używane przez niego Borowicz było pseudonimem. […] W śledztwie żądano, by wydał innych, a on milczał. Przez kilka dni, może nawet tydzień bito go prawie bez przerwy dzień i noc; na krótkie pauzy powracał do naszej piwnicy. Krew mu szła nie tylko z nosa, ust, uszu, ale po prostu ze wszystkich otworów ciała. Odebrano mu kożuch, w piekielnym więc zimnie leżał w piwnicy między nami dwoma, przykryty tylko naszymi płaszczami; nogi od bicia tak spuchły, że musiał chodzić boso; o wciągnięciu butów mowy być nie mogło. Dwa razy na dobę wypuszczano nas do ubikacji z dziurą w podłodze. Biedak nie mógł sam iść, prowadziliśmy więc, a właściwie ciągnęliśmy pod ręce. Któregoś dnia rozebrać się już nie mógł, ja więc musiałem to uczynić w ciemnej ubikacji. Odpiąłem ubranie, potem bieliznę i widzę w półmroku, że jeszcze ma na sobie coś ciemnego. W pierwszej chwili sądziłem, że to trykot, dopiero gdy dotknąłem, poczułem żar, była to skóra koloru ciemno-brązowego. Taki był cały od stóp do głów. Biedne skatowane ciało odmawiało kompletnie posłuszeństwa, a mowy nie było, by wartownik zechciał to uwzględnić i wypuścić w nieprzepisowym terminie. Pazurami więc wyżłobiliśmy w kąciku piwnicy jamkę, do której biedak krwawo wymiotował i wszystkie inne czynności załatwiał. W nocy majaczył nieprzytomnie i tylko szeptał bez przerwy; boli, boli, boli… Kiedyś przychodzi żołnierz, żeby znowu prowadzić na śledztwo. Borowicz nie ma sił wstać. Po chwili zstąpił do podziemia sam pan oficer śledczy. Trącił biedaka końcem buta i łaskawie orzekł: „Da, puskaj addachniot”. Odpoczynek trwał trzy godziny, po czym wyniesiono go na śledztwo i dalej bito. Gdy mnie wywożono, Borowicz prawie dogorywał. Drugi mój towarzysz dopiero w dobę później dołączył do mnie. Opowiadał, że biedny męczennik w nocy skonał.

Wersja Audio