Po dwu czy trzech tygodniach mojego pobytu w piwnicach N.K.W.D. we Włochach, wieczorem kazano nam na gwałt zrywać się i wyprowadzono na dziedziniec, gdzie stał duży samochód ciężarowy i kilkunastu uzbrojonych żołnierzy. Wsadzona nas na dwie ciężarówki, naokoło na ławkach zasiedli żołnierze i ruszyliśmy w nieznane. (…) Wjechaliśmy w podwórze dużej kamienicy, kazano wysiadać. Jeden ze współwięźniów poznał, że jesteśmy w posesji jego rodziny na Pradze, zajętej przez N.K.W.D. na ulicy Strzeleckiej. (…). Znowu rozlokowano nas w małych piwniczkach na węgiel. Ja się znalazłem z jednym kolegą z Włoch, drugiego nie znałem. Klitka tak mała, że z trudem mogliśmy się koło siebie położyć, głowy dotykają jednej ściany, a od nóg do przeciwległej nie było nawet kroku. Słowem rozmiar grobu. Podłoga gliniana, pokryta grubą warstwą miału węglowego i cieniutką proszku z czegoś, co dawniej nazywało się zapewne słomą. Żadnego okienka. W kompletnej ciemności przesiedzieliśmy kilka dni, zatraciwszy zupełnie pojęcie czasu. Potem zainstalowano żarówkę, palącą się czerwonym nikłym światłem. Paliła się dla odmiany całą dobę, do reszty rozstrajając nerwy i wyżerając oczy. (…) Biedy nas dwóch w porównaniu z trzecim współtowarzyszem były niczym. To był prawdziwy bohater-męczennik. Niestety, nawet jego nazwiska zanotować nie mogę, mam wrażenie, że używane przez niego Borowicz było pseudonimem. […] W śledztwie żądano, by wydał innych, a on milczał. Przez kilka dni, może nawet tydzień bito go prawie bez przerwy dzień i noc; na krótkie pauzy powracał do naszej piwnicy. Krew mu szła nie tylko z nosa, ust, uszu, ale po prostu ze wszystkich otworów ciała. Odebrano mu kożuch, w piekielnym więc zimnie leżał w piwnicy między nami dwoma, przykryty tylko naszymi płaszczami; nogi od bicia tak spuchły, że musiał chodzić boso; o wciągnięciu butów mowy być nie mogło. Dwa razy na dobę wypuszczano nas do ubikacji z dziurą w podłodze. Biedak nie mógł sam iść, prowadziliśmy więc, a właściwie ciągnęliśmy pod ręce. Któregoś dnia rozebrać się już nie mógł, ja więc musiałem to uczynić w ciemnej ubikacji. Odpiąłem ubranie, potem bieliznę i widzę w półmroku, że jeszcze ma na sobie coś ciemnego. W pierwszej chwili sądziłem, że to trykot, dopiero gdy dotknąłem, poczułem żar, była to skóra koloru ciemno-brązowego. Taki był cały od stóp do głów. Biedne skatowane ciało odmawiało kompletnie posłuszeństwa, a mowy nie było, by wartownik zechciał to uwzględnić i wypuścić w nieprzepisowym terminie. Pazurami więc wyżłobiliśmy w kąciku piwnicy jamkę, do której biedak krwawo wymiotował i wszystkie inne czynności załatwiał. W nocy majaczył nieprzytomnie i tylko szeptał bez przerwy; boli, boli, boli… Kiedyś przychodzi żołnierz, żeby znowu prowadzić na śledztwo. Borowicz nie ma sił wstać. Po chwili zstąpił do podziemia sam pan oficer śledczy. Trącił biedaka końcem buta i łaskawie orzekł: „Da, puskaj addachniot”. Odpoczynek trwał trzy godziny, po czym wyniesiono go na śledztwo i dalej bito. Gdy mnie wywożono, Borowicz prawie dogorywał. Drugi mój towarzysz dopiero w dobę później dołączył do mnie. Opowiadał, że biedny męczennik w nocy skonał.