Około 22 kwietnia 1945 roku trafiłem na ulicę Strzelecką. Od razu po przyjeździe umieszczono mnie w piwnicy. W piwnicy paliła się mała żaróweczka, która słabo oświetlała pomieszczenie. Z tego co pamiętam, to umieszczono mnie w celi numer 17. Byłem już 17 osobą w tej celi. W celi byli sami mężczyźni. O ile pamiętam drzwi do celi były ażurowe, zabite od zewnątrz jakąś płytą. Był w nich otwór, do którego ciągle zaglądał klucznik. Od ulicy mieliśmy okienko, zasłonięte płytami chodnikowymi, przed którym stał korpus zniszczonego autobusu. Piwnica miała w miarę 4,5 na 2,5 metra. Na betonowej podłodze pod dłuższą ścianą leżało trochę słomy, a w rogu tuż przy wejściu stał baniak służący jako WC. Do ubikacji byliśmy wpuszczani raz dziennie, rano. W ciągu dnia większość siedziała na tych resztkach słomy, natomiast trzech albo czterech aresztantów chodziło wzdłuż przeciwnej ściany dla rozprostowania się. Na Strzeleckiej byłem wielokrotnie przesłuchiwany. Byłem wyprowadzany z celi w dzień i w nocy i prowadzono mnie na drugie piętro do pokoju przesłuchań. Przesłuchiwał mnie młody sędzia śledczy w mundurze bez stopni oficerskiego na ramieniu. Ten młody przesłuchujący wielokrotnie ubliżał mi słowami wulgarnymi. Zarzucał, że paliłem miasto. Uderzał mnie w podbródek, z tyłu uderzał mnie w kark. Za to, że nie chciałem podpisywać protokołów przesłuchań, byłem bity. Uderzał mnie także gumą w plecy. Żadnej decyzji o aresztowaniu mi nie przedstawiono nigdy.